niedziela, 8 lutego 2026

Są takie książki …

Są takie książki, które powinny być w kanonie lektur znajdujących się w każdej przydomowej biblioteczce. Książki, które ze względu na jakieś uniwersalne wartości traktuje się szczególnie a przez to powinny zajmować ważne miejsce na naszym „ołtarzyku” lektur. Taką książką dla mnie jest Momo.

Mam ich w domu aż trzy (dwie w obiegu). 😃

W związku z przedstawieniem Momo przez grupę teatralną „4 ściana” chciałem zwrócić uwagę na kilka aspektów, jakie dorzucę od siebie do myśli, których wiele możemy znaleźć w intrenecie.

Wizerunek. Książkę tę przeczytałem po raz pierwszy w roku 1985. W ciągu kilku dekad zdążyłem prześledzić zmiany, jakie w związku z tą lekturą próbują wprowadzić bohaterzy książki, o dziwo żyjący współcześnie tzn. Szarzy panowie. Nie mogąc wprowadzić zmian w treści książki, próbują na wszelki sposób chociaż zmienić zewnętrzny wizerunek Momo, tak aby pierwsze skojarzenia z postacią Momo było nieprzychylne. Domyślać się mogę, że ma  mieć to wpływ na trudności w dostępie do czegoś ważnego a nawet pozbawienie nas drogowskazów

poznawczych uniemożliwiając dotarcie do jakiejś części prawdy. Tak więc dobro, skromność, czystość a przede wszystkim ufność (przejawiająca się w postaci otwartych, dużych oczu dziecka) – wartości zamknięte w ludzkiej postaci małej Momo (każdym dziecku nieskażonym współczesnością) sprowadzić chcą do obrazu nieokrzesanego obdarciucha a w skrajności nawet do karykaturalnego wizerunku, co można sprawdzić wpisując w wyszukiwarce słowo Momo. Nie chcąc aby współcześnie próbowano zmienić zewnętrzny obraz Momo przez nieświadome powielanie schematów uprzedziłem w lokalnych socjal mediach fakt pojawienia się tematu lektury obrazem Momo, który powinien być dla wszystkich korzystny  dobrze odebrany i zapamiętany (załączone zdjęcia).

Szablon. Nie pozbywajcie się w swoim życiu luster. Psycholodzy twierdzą, że w każdym z nas jest takie dobre, spontaniczne, niewinne dziecko. Taki trzylatek. Stąd można - moim zdaniem - odnieść wrażenie, że czytając książkę każdy w Momo rozpoznaje siebie. Tęsknota za tym własnym kochanym dzieckiem jest duża a rozpoznać jego istnienie w nas można tylko w szczególnych okolicznościach –patrząc na bawiące się dzieci, na trzepak na którym spędziło się niemały czas podwórkowego życia, na klasy wyrysowane kredą na chodniku a także gdy w naszych rękach pojawi się piłka, guma do skakania albo skakanka. Przez chwilę patrzymy na to wszystko oczami dziecka. W Momo odbija się obraz idealnego, dziecięcego świata – bez złych słów i spojrzeń, bez kłamstw, wyzwisk, oszustw, krzyku, pośpiechu, nudy, czyli tego, co w efekcie przynosi nam zmęczenie i choroby. Tęsknimy wszyscy do tego świata jeszcze mając nadzieję, że go odnajdziemy w smartfonach i telewizorach.

Książka nie jest wydumana na potrzeby salonów ale pisana wydaje się być prawie pod wpływem duchowego natchnienia, dlatego moim zdaniem nie powinna być dowolnie interpretowana (sztuka, w tym teatr, staje się niestety przestrzenią pozwalającą na bezkarne przesunięcie granic tego, co dopuszczalne, w stronę tego, czego nie wolno albo nie powinno). Dla mnie Momo jest szablonem, które trzeba pozostawić dla potomnych - niezależnie od formy wyrazu - w sposób niezmieniony. Ma ono  służyć jako szablon pozwalający nakładać obrazy różnych ludzi, ich postaw, gestów i słów. To swoiste lustro, w którym sprawdzimy, na ile przetrwało w nas radosne i wolne od wpływów współczesności wewnętrzne dziecko.

Scenariusz.. W przeszłości napisałem 20 stronicowy scenariusz do sztuki, który był wiernym zapisem treści zawartej w książce. Wymagał jedynie obróbki ilościowej. Jeżeli pozwalał na wprowadzenie dodatkowych elementów, to tylko takich, które nie odbiegały od szablonu. Fakt ten miał zapobiec manipulacji, jaką mogli wprowadzić swoim działaniem agenci Kasy Oszczędności Czasu. Automatyzm życia i bezkrytyczne naśladowanie otoczenia mogą sprawić, że niepostrzeżenie możemy sami zmieniać  się w agentów wpływu, tracąc własną podmiotowość i stając się kalkami antywartości, które mogli nam zasiać w głowach Szarzy panowie. Ambicją moją było nie tylko to, by strojem czy gestem wiernie oddać literacki pierwowzór. Pragnęliśmy chyba wszyscy przede wszystkim, aby płynące z niego przesłanie wybrzmiało w pełni czytelnie i poruszyło nasze wrażliwe, dziecięce serca, budząc w nich głęboką tęsknotę za tym, co w życiu prawdziwie normalne. Efekty specjalne reżysera spektaklu zwielokrotniły, to co w tak krótkim spektaklu można było przekazać z treści autora książki Michaela Ende.

Czy w nowo napisanym scenariuszu udało się dochować wierności szablonu pozostawiam w ocenie aktorów i widzów. Niezależnie od indywidualnych ocen cieszę się, że mój obraz Momo jest niezmienny - taki sam jak w roku 1985. Życzyć tylko mogę sobie, aby książka wróciła do kanonu lektur  szkolnych kasy V.

                                                                                     Pozdrawiam.  Jacek Matuszyk.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz