Współcześnie nasze letnie kalendarze pękają w szwach od wydarzeń, a ukoronowaniem ciepłych miesięcy stało się uwielbiane przez mieszkańców
Jagodowe Lato – święto celebrujące dar tutejszej przyrody, jednoczące całą społeczność w radosnym oczekiwaniu na zbiory.
Ale czy zastanawialiście się kiedyś, jak to wyglądało dawniej? Czy nasza okolica zawsze była zagłębiem amatorów leśnego runa?
Okazuje się, że odpowiedź kryje się w starych, pożółkłych kartonikach z korespondencją, które cudem przetrwały zawieruchy dziejów. Jedna z takich przedwojennych pocztówek rzuca fascynujące światło na historię naszego regionu i udowadnia, że ludzie przyjeżdżali w nasze strony na jagody już przed wojną – a na dodatek czarna jagoda miała tutaj swoje własne, unikalne, lokalne określenie!Kartka z 1927 roku: „Śląskie Besinge” w drodze do Drezna
W nasze ręce trafiła niezwykła pamiątka z lata 1927 roku – pocztówka wysłana 25 lipca tamtego roku. Nadawcą był niejaki Albert, który z perspektywy dawnych Borów Dolnośląskich (a dokładniej terenów dawnego pogranicza Śląska i Łużyc) pisał do mieszkającej w Saksonii Hilde.
Najciekawszy jest jednak sam początek wiadomości, w której autor tłumaczy przesyłkę pełną leśnych owoców. Zacytujmy te słowa:
„Liebe Hilde! Anbei eine kleine Kostprobe von schlesischen Besinger oder
Blaubeeren. Mutter hats selbst gepflükt also mit Genuß essen...”
(„Droga Hildo! W załączeniu mała próbka śląskich Besinger, czyli czarnych jagód.
Mama sama je nazbierała, więc jedz ze smakiem...”)
To krótkie zdanie to prawdziwa lingwistyczno-historyczna perełka! Albert używa specyficznego, dawnego dialektu śląskiego języka niemieckiego, w którym czarna jagoda (Vaccinium myrtillus) nie nazywa się powszechnym w Niemczech słowem Heidelbeere czy Blaubeere, lecz „Besinge” (lub w wariancie fonetycznym Besinger). Co więcej, autor zdaje sobie sprawę, że dla adresatki w wielkim mieście to słowo może być niezrozumiałe, dlatego natychmiast opatruje je wyjaśnieniem: „oder Blaubeeren” (czyli czarne jagody).
Skąd wzięły się „Besinge”?
Językoznawcy i historycy regionalni doskonale znają to zjawisko. Słowo Besing (w liczbie mnogiej Besinge) to archaizm wywodzący się z dawnych dialektów dolnoniemieckich i niderlandzkich, które średniowieczni osadnicy przynieśli na te tereny wieki temu. Przetrwało ono w mowie potocznej mieszkańców dawnego Dolnego Śląska i Łużyc aż do pierwszej połowy XX wieku, by wraz z przesiedleniami po 1945 roku powoli ostatecznie zniknąć z żywego języka.
Dzisiejszy przeciętny mieszkaniec Niemiec musiałby zaglądać do starych słowników gwarowych, by zrozumieć, o jaki owoc chodzi. Dla nas jednak to dowód na to, że tutejsza ziemia miała swoją własną, niepowtarzalną tożsamość kulturową i językową, w której dary lasu odgrywały rolę centralną.
Turystyka jagodowa AD 1927?
List Alberta zdradza coś jeszcze. Choć sam autor narzeka w liście na brak czasu i nienajlepszą, deszczową pogodę tamtego lata (skarżąc się, że „o lecie czy wakacyjnej pogodzie nie ma tu mowy”), dowiadujemy się z niego, że tutejsze lasy i ich skarby od zawsze przyciągały uwagę. Wysyłanie paczek z owocami, wyprawy do lasu i oczekiwanie na leśne zbiory były stałym elementem życia tutejszej społeczności na długo przed tym, jak w nowoczesnym kalendarzu zapisaliśmy współczesne „Jagodowe Lato”.
Kiedy więc dziś, latem, ruszamy w ruszowskie knieje na poszukiwanie ciemnych, słodkich kulek z niebieskawym nalotem, pamiętajmy, że stąpamy po śladach ludzi, którzy robili dokładnie to samo sto lat temu. Oni nazywali je po swojemu – Besinger – my nazywamy je po prostu naszymi jagodami. Ale las, zapach ściółki i radość ze zbioru pozostają dokładnie takie same.
Autor: Mirosław Marciniak
Źródła: Archiwalna korespondencja Alberta i Hilde Kießling z lipca 1927 r. wysłana z Gozdnicy do Drezna
![]() |
| Kartka z 1927 roku: „Śląskie Besinge” w drodze do Drezna |


.jpg)
.jpg)
.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz